Artykuły, recenzje, testy

Recenzja butów Salomon Wildcross – szybszy Speedcross

4 września 2020

Nie będę ukrywać, należę do grona sympatyków Salomona, choć zdecydowanie nie jest to jedyna marka w mojej biegowej szafie. Lubię różnorodność, a zwłaszcza moje stopy. Nie przyzwyczajam się tylko do jednego modelu, choć do niektórych butów Salomona mam szczególny sentyment. Towarzyszyły mi w znaczących momentach na biegowych ścieżkach. Po prostu wiem, że mogę na nich polegać, gdy warunki stają się niepewne.

Rodzina Cross

Speedcross były moimi pierwszymi butami na górski debiut ultra w 2013 r., a ich 5. odsłona zyskała jeszcze większe uznanie i zimą czy wczesną wiosną wielokrotnie towarzyszyła mi na błotnistych ścieżkach, głównie Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego, ale też i w Beskidach. 

Supercross to dla mnie pozytywne zaskoczenie. Wyglądają niepozornie, stoją gdzieś na uboczu modeli. Tymczasem przemierzyły ze mną niemal całe polskie wybrzeże, głównie po plaży, od Świnoujścia do Piasków na początku tego roku. Miały być okazyjne, awaryjne, na zmianę. Początkowo były, ale dopasowaliśmy się do siebie tak, że już niechętnie wymieniałam je na trasie na inne. No i po 300-400 km wciąż mieściłam w nich nogę (choć do specjalnie szerokich nie należą), co niekoniecznie możliwe było już w innych modelach. Do tego w połączeniu z dbaniem o stopy (częstym kremowaniem i zmianą skarpetek), pozwoliły ponad 500 km skończyć bez żadnych pęcherzy czy odcisków. 

Tym razem miałam okazję sprawdzić kolejnego z rodziny "Cross", najnowsze dziecko – Salomon Wildcross. W jego przypadku nasza znajomość zaczęła się od mieszanych odczuć. Z jednej strony pojawiło się – "WOW, tego brakowało ostatnio", z drugiej pojawiła się pewna doza niepewności –  'czy aby na pewno się dogadamy?”

SALOMON WILDCROSS

Czym się wyróżnia?

Wildcross czerpie trochę ze Speedcrossa, trochę z serii S/Lab (najlżejszych modeli tworzonych głównie z myślą o czołowych sportowcach i ambitnych amatorach). Wyróżnia się przede wszystkim niższym profilem. Jego drop wynosi 8 mm, przy wysokościach 25-17 mm (pięta - palce). W Speedcross jest to 10 mm (przy wysokościach 30-20 mm). Różnicę czuć po założeniu, ale to nie wszystko. Od razu zauważalny jest zdecydowanie szersze przodostopie.

Osoby z węższą stopą mogą czuć sporo luzu. Jest zdecydowanie szerzej niż w Speedcrossie i minimalnie więcej przestrzeni niż w Supercrossie. W Wildcrossie mamy bardziej opływowy kształt. Przy normalnej stopie pod kątem szerokości jak moja, w bardzo cienkiej skarpetce czuć, że luzu jest nieco za dużo, ale już w nieco grubszej typu X-Socks Marathon 4.0 jest lepiej, stopa nie ucieka. Tyle, że tu wychodzi inna cecha modelu.

Zdecydowanie na chłodniejsze warunki

Buty otrzymałam w lipcu. Można się wykłócać, ale jak dla mnie w tym roku nie można było narzekać, temperatura rozpieszczała, czasem wskazaniami w okolicach 30 stopni Celsjusza. Na takie też warunki natrafiłam na pierwszym wspólnym bieganiu. Na pierwszy trening zabrałam je na weekendowy wypad do lasu w Bory Tucholskie. I jeśli mam być szczera, żałowałam tej decyzji dość szybko, ale nie było odwrotu, nie wzięłam zapasowej pary butów do biegania. To model skonstruowany z myślą o sezonie jesienno-zimowym, więc przy wysokich temperaturach nic bardziej dziwnego, że ma się ochotę je ściągnąć, a stopy jak najszybciej schłodzić w jeziorze. Oddychalność to zdecydowanie nie jest ich mocna strona.

Cholewka nieco wyróżnia się z rodziny. Mamy tu charakterystyczną dla marki technologię Sensifit, odpowiadającą za dopasowanie, ale jednocześnie dodano do niej hydrofobową siateczkę TPU. Mamy zatem jakby dodatkową warstwę, bo siateczka nie jest w pełni zszyta z cholewką. Z jednej strony na ciepłe warunki niekorzystny dodatek, ale z drugiej taka konstrukcja pozwala na lepsze dopasowanie, a tym samym pewne trzymanie w trakcie biegu.

SALOMON WILDCROSS L41105500

Nie brakuje też charakterystycznego dla “cross” sztywnego zapiętka i wiązania typu Quicklace. Jedno pociągnięcie i but dobrze leży na nodze, a zapas można schować do kieszonki w języku. W przypadku Wildcross kieszonka jest od góry (nie tak w Speedcross od dołu, w Supercross brak jest kieszonki, jest za to specjalna gumka po którą można schować zapas sznurowania).

Amortyzacja oparta została o piankę EnergyCell, a więc tą samą, którą znajdziemy w modelu Supercross (w Speedcross jest EnergyCell +). Poziom amortyzacji jest jednak niższy. Oczywiście w miękkim terenie odgrywa on znacznie mniejszą rolę. Nie będzie tu pluszowego zapadania się w miękkiej piance pod stopą, nie o to chodzi.

Pierwsze kilometry pokonałam na tzw. piaskach sandrowych. Zawsze się śmieje, że letnią porą, gdy w lesie panuje susza, to taka plaża z korzeniami i szyszkami. Na takiej nawierzchni jest wystarczająco miękko, choć jednocześnie trzeba uważać, niekiedy na wyżłobienia. Istotna jest przyczepność, zwłaszcza na krótkich, ale bywa i stromych zbiegach. Przyjemnie wbija się też w mech, gdy chcemy skrócić nieco drogę, a tego w tych okolicach pod dostatkiem. Nie brakuje też jakby zapomnianych odcinków szlaków, bardziej zarośniętych.

Wildcross na takie warunki został właśnie skonstruowany, a jeszcze bardziej zdaje się lubi błoto. Szeroko rozstawione kołki zapewniają szybkie oczyszczanie z błota. Jesień dopiero się zapowiada, więc na typowe błotniste warunki przyjdzie jeszcze poczekać. Obecnie doczekał się tylko lekkiego błota, ale to wystarczyło, by zaufać mu, gdy popada jeszcze bardziej. Niższy profil sprawia, że na nierównej nawierzchni jest on wręcz bardziej stabilny niż model Speedcross.

SALOMON WILDCROSS

Konstrukcja bieżnika lekko odróżnia się od "braci", choć wciąż jest zbliżona. 6 mm kołków jest nieco więcej, są minimalnie mniejsze niż te w Speedcross czy Supercorssie. Większość kształtem przypomina trójramienny bumerang z jednym wyraźnie cieńszym ramieniem. Zmiana była jednak celowa.

Wildcross ma za zadanie lepiej radzić sobie i przy nieco wyższych prędkościach niż tylko spokojne wybiegania, ale też ma zapewnić wielokierunkową przyczepność, gdy sytuacja albo nasze własne zaciekawienie co kryje się w okolicy, wymusi nagłą zmianę kierunku. Nazwa modelu nie jest przypadkowa.

Nie jestem typem prędkościowca, raczej w ostatnich latach nie trenuję, a bawię się w spokojne “zwiedzanie” szlaków. Mimo to nieco łatwiej się w nich rozpędzić do tempa w okolicy 4:30 min/km niż w modelu Speedcross. Czuć też większy komfort na zbiegach. Można dojść do wniosku im bardziej luźna nawierzchnia, tym lepsza wydajność modelu.

SALOMON WILDCROSS

Pozostaje pytanie, czy cieńsze fragmenty kołków bieżnika nie wpłyną na jego szybsze zużycie. Mamy tu zastosowaną tą samą gumę Contagrip TAco w Speedcrossie, tyle, że po ponad 150 km na kołkach widać lekkie, co prawda niewielkie ślady zarysowania, gdzie w Speedcross i przy przebiegu 500+km, ale w większości w terenie bieżnik wciąż wygląda prawie jak nowy. Być może wpłynęły na to korzenie (na mokrych korzeniach warto uważać, noga potrafi odjechać). Mimo to w terenie można czuć się spokojnie, Contagrip to sprawdzona technologia, rozwijana we współpracy z czołowymi sportowcami już od 1994 r.

Z drugiej jednak strony sama konstrukcja przekłada się na odczucia przy bardziej udeptanych szlakach czy też wręcz betonowych ścieżkach, gdy pod uwagę bierzemy dobieg po asfalcie do lasu. Wildcross będzie dobry, gdy na ścieżkach poprószy śnieg, a na chodnikach pojawi się błoto pośniegowe. W przypadku dużych przebiegów utwardzonych odcinków, raczej zaufałabym bardziej jego braciom, jeśli ktoś jest przyzwyczajony do komfortu. Po kilku kilometrach zwyczajnie czułam w przodostopiu, że jeszcze więcej kilometrów, a stopy nie będą zadowolone wbijaniem bieżnika. Gdy głównie dominują u nas utwardzone ścieżki leśne, lepiej zerknąć na serię Salomon Sense Ride 3.

Dla kogo?

Można uznać, Salomon Wildcross zyskał to czego niektórym brakowało w już kultowej legendzie Speedcross, niższy profil, niższa waga (Wildcross jest lżejszy o 30 g od modelu Speedcross), a dzięki temu nieco większa stabilność i dynamika, choć daleko mu do modeli startowych. Co zapewne ucieszy też wielu, jak było wspomniane, jest też więcej przestrzeni w palcach. Tym samym to dobre uzupełnienie rodziny modeli Cross. To taki kompromis między czuciem podłoża, a bezpieczeństwem. Jedno pewne, z uwagi na słabą oddychalność, zdecydowanie na sezon jesień-zima. Najwięcej na raz pokonałam w nich 20 km. W jego przypadku maksymalny dystans uzależniłabym od warunków na ścieżkach, które zamierzamy pokonać. W mocno błotnistych, sądzę, że i ultra nie byłoby straszne. Mam nadzieję to sprawdzić.

Agata Masiulaniec
Sklep Biegacza 

Ocena: 4.8